sprzątanie

Nadchodzi Armagedon. Czas ścierki do kurzu, mopa i płynu do paneli. Wiosenne porządki to nie dla mnie. Na blogu wspomniałem już o swojej niechęci do sprzątania. Jednak awersja do odkurzacza nie przeszkadza mi umówić się z nim od czasu do czasu. Mus to mus.

Wiosna kojarzy się między innymi z wywietrzeniem mieszkania i dokładnym wyczyszczeniem wszystkich zakamarków. Pojęcie wiosennych porządków można rozumieć szerzej niż tylko pucowanie mieszkania. Możemy wykorzystać je do uporania się z zaległościami, uporządkowania priorytetów. Niezależnie jak szeroko potraktujemy to pojęcie doskonałym narzędziem będzie metoda Getting Things Done, a właściwie jej pierwsza faza, czyli gromadzenie.

Na czym polega gromadzenie?

Zgodnie z zasadą ,”Musi być gorzej, aby było lepiej” sprzątając szuflady wyrzucamy wszystko na podłogę, segregujemy, a następnie wyrzucamy, wkładamy z powrotem lub komuś oddajemy. Pierwsza faza GTD to zgromadzenie całego bałaganu w jednym miejscu, dotyczy to zarówno myśli, jak i przedmiotów. W tym celu należy rozejrzeć się wokół siebie. Jeśli nie miałeś nawyku segregowania spraw same znalazły sobie miejsce. Odkąd staram się organizować sobie życie, pozbyłem się kilku bałaganiarskich nawyków, ale i tak zgromadziłem imponujący stosik. Pocieszała mnie tylko myśl, że kilka lat temu byłoby gorzej.

Przedmioty materialne

Zacząłem od zgromadzenia papierzysk na podłodze. Na szczęście zbieram je w określonych miejscach, wprawdzie segregatory nie mają tej dramaturgii, co luźne kartki, ale ich widok mniej przeraża. Na podłogę trafiło wszystko, ulotki, których od dawna (wydawało mi się) nie zbieram, paragony, luźne kartki, na drugi stos trafiła zawartość szafy, a na trzeci różne drobne przedmioty. Dodatkowo przeszedłem się po domu z małymi żółtymi karteczkami i oznakowałem wszystko, co wymaga interwencji: zwichrowane drzwiczki od szafki, od dawna niesprawną drukarkę, lampę z przepaloną żarówką. Na ścianie przyczepiłem kartkę ze sprawami typu „Posprzątaj piwnicę”. Zrobiło się tego naprawdę dużo, ale twórca metody zapewniał, że analizowanie i porządkowanie daje mnóstwo satysfakcji i nie kłamał. Naprawdę polecam tę metodę wszystkim „chomikom”, wpadłem w niemalże szał wyrzucania.

Po przejściu do stadium analizy, okazało się, że sytuacja jest lepsza niż wygląda. Papierzyska okazały się najmniej uciążliwe, luźnych kartek nie było zbyt dużo, selekcja przebiegła dość prosto. Nawyk dbania o dokumentację i zasada dwóch minut się opłaciły. Gorzej przedstawiała się kwestia ubrań. Nie wiedziałem, że tyle ich mam. W końcu podzieliłem je na cztery stosy, pierwszy „do noszenia”, drugi do „oddania” i trzeci ‚do wyrzucenia”. I tak w szafie został mi „stos mięczaka”, czyli rzeczy, co do których nie potrafiłem się zdecydować. Resztę przedmiotów było dość łatwo posegregować, napraw nie było znowu tak wiele, a udało mi się pozbyć kilku kurzołapów. Nagle okazało się, że dysponuję sporą przestrzenią. Mogłem przejść do zadania o wiele bardziej przerażającego.

Porządki w komputerze

Swój komputer ułożyłem na szczycie stosu z papierzyskami. Ta martwa natura miała mi przypominać o obowiązku zajęcia się zawartością laptopa. Dokumenty w formie elektronicznej mają to do siebie, że w zależności od rodzaju gromadzone są w innych miejscach, przez inne programy. E-maile są w programie pocztowym, albo na serwerze, dokumenty tekstowe, zdjęcia i inne tego typu pliki zwykle znajdują się w katalogach na dysku, notatki w programie do notowania itd. Umieszczenie wszystkich plików w jednym katalogu jest bez sensu. W końcu i tak wszystko znajduje się na jednym dysku. Wydawało mi się, że dbam o porządek, ale i tak komputer był stajnią Augiasza. Temat cyfrowych porządków zasługuje na osobny artykuł.

Sprawy z głowy

Na koniec spisałem wszystko, co zaprząta mój umysł. W swej książce „Getting things done, czyli sztuka bezstresowej efektywności ” David Allen przedstawił, które mogą wymagać jakiejś uwagi z Twojej strony. Naturalnie listę można poszerzyć o własne kategorie. Autor metody zachęca, by wszystkie sprawy spisywać na osobnych kartkach papieru. Jednak nie skorzystałem z tej rady. Po pierwsze to straszne marnotrawstwo, po drugie rosnący stos wyglądał przerażająco.

Z drugiej strony, gdy wszystko jest na oddzielnych kartkach łatwo się to analizuje. Rozwiązaniem okazało się użycie małych kartek z niewielkiego notesu z recyklingu, przypiąłem je do tablicy korkowej, dzięki temu wszystko było doskonale widoczne. Zapisywałem wszystkie myśli, które przychodziły mi do głowy. Wyprodukowałem mnóstwo karteczek. Pisałem do momentu, w którym poczułem, że mam pusty umysł.

Po przeczytaniu tego strumienia świadomości, okazało się, że mam kilka konkretnych spraw do załatwienia. Określenie ich znacznie mi ulżyło. Nazwanie rzeczy po imieniu okazało się mniej stresujące niż zamartwianie się nie wiadomo czym. Po spisaniu wszystkiego po pierwsze odkryłem w czym leży problem. Po drugie zacząłem myśleć nad rozwiązaniem. Ustaliłem kilka celów i opracowałem plan. Nie ukrywam, że lepiej się z tym poczułem, gdy działam od razu humor mi się poprawia.

Kolega, który przeprowadził ten sam proces twierdzi, że odkrył, że jego życiowe priorytety w ciągu ostatniego roku znacznie się zmieniły. Frustracja, z którą się zmagał, wynikała z podświadomego rozumienia tego faktu, umysł nie chciał dostrzec fałszu. Zapisywanie swych myśli nie brzmi szczególnie atrakcyjne, ale polecam to ćwiczenie. Naprawdę ułatwia zrozumienie siebie samego.

Nie wiem, czy dorosłem do stosowanie GTD w codziennym życiu, ale przegląd naprawdę pomógł uporządkować wiele spraw. Faza gromadzenia nie ogranicza się do odgruzowania mieszkania, pozwala zaprowadzić ład w życiu zawodowym i prywatnym. Na pewno nie jest to pierwszy generalny przegląd w moim życiu.

Jak David Allen posprzątał mi mieszkanie
Podziel się: