akceptacja

Akceptuj siebie, rozwijaj się, ulepszaj, dąż do doskonałości i stawaj się coraz lepszą wersją samego siebie. Kiedyś te stwierdzenia wydawały mi się wewnętrznie sprzeczne. Akceptacja oznaczała zadowolenie z istniejącego stanu rzeczy. Po co zmieniać coś co jest dobre? Samoakceptację utożsamiałem z samozadowoleniem i stagnacją. Niekoniecznie. Nie musisz być przekonany o swej wspaniałości, by tkwić w jednym miejscu ani nie musisz źle o sobie myśleć, by się zmieniać.

Czym jest akceptacja?

Słownik języka polskiego podaje kilka definicji tego terminu. Akceptacja to aprobata, formalna zgoda na coś, pogodzenie się z czymś, czego nie można zmienić, uznanie czyichś cech lub postępowania za zgodne z oczekiwaniami. Jest jak jest. Nie twierdzimy, że zielone jest niebieskie, a kamyk w bucie sprawia nam przyjemność. Z samego uznania faktów nie wynika, że nie można zmieniać zastanej rzeczywistości. Akceptacja nie jest wymówką dla bierności, to raczej stan umysłu, w którym człowiek przestaje toczyć wewnętrzną walkę i sam się unieszczęśliwiać.

Można bez końca zżymać się na wszechświat, wyszukiwać niedoskonałości, martwić się swymi licznymi wadami, biadolić na pogodę, stan dróg, smak soku pomarańczowego czy nieodpowiedzialność partnera, który znowu nie dokręcił tubki z pastą do zębów. Powodów do niezadowolenia jest całe mnóstwo. Czy narzekanie coś zmieni? Ciągły pesymizm, zrzędliwość i wieczne niezadowolenie unieszczęśliwią Ciebie i wszystkich w Twoim otoczeniu. Jednak uległość i bierność nie oznaczają zgody na niesprawiedliwość społeczną lub złe traktowanie. Jeśli czujesz się z czymś źle, ale nic nie robisz, wcale tego nie akceptujesz. Przeczekujesz, uciekasz, poddajesz się.

Moc samoakceptacji

Najwięcej problemów sprawiała mi zawsze samoakceptacja. Uważałem ją za wymówkę do folgowania sobie. Jestem wspaniałym gościem, nic nie muszę ze sobą robić. Nawet jeśli ważę 200 kg, co tam popiję colą ósmego z rzędu hamburgera, bo przecież wyglądam cudownie. Z tego powodu niezadowolenie z siebie, kompleksy wydawały mi się doskonałą motywacją do pracy nad sobą. Tylko to nie działało, przynajmniej nie na długo. Z niechęci do siebie nie udało mi się wprowadzić ani jednej trwałej zmiany.

Z tego, co wiem, inni po ciężkiej walce co najwyżej odnieśli chwilowe zwycięstwo. Z reguły był to smutny sukces. Człowiek, który czuje niechęć do siebie, nigdy nie będzie z siebie zadowolony. Nie ma znaczenia czy ukończył maraton, namalował arcydzieło, wynalazł lek na raka, ugotował obiad, nigdy nie będzie dość, zawsze ktoś zrobił to lepiej, szybciej, dokładniej, bardziej pomysłowo. Ratunkiem z tego błędnego koła jest akceptacja samego siebie.

Kiedy uznałem, że jestem fajnym gościem będąc taki, siaki i owaki, nagle zacząłem skuteczniej wprowadzać nowe nawyki, chętniej uprawiać sport, zdrowiej jeść, lepiej dogadywać się z ludźmi. Okazało się, że nie trzeba walczyć, nie ma żadnej wojny, za to można zrobić coś dla pożytecznego i innych np. przestać się spóźniać. Miłe gesty dla siebie i innych powinny wynikać z troski, nie z wrogości.

Akceptacja innych

Jednym z najtrudniejszych życiowych wyzwań jest pogodzenie się z niedoskonałością świata i mieszkających na nim ludzi. Nigdy nie będzie perfekcyjnie. Jednak doskonałość jest nudna. Wcale nie musi być idealnie, by było wspaniale. Brzmi to dobrze w teorii, ale ludzkie przywary potrafią drażnić. Gdy pracujesz z kimś niepunktualnym i niesłownym ciężko przyjąć postawę buddyjskiego mędrca. Wiesz, że gniew niczego nie rozwiąże, ale i tak się denerwujesz. Zdajesz sobie sprawę, że wściekłość, co najwyżej popchnie Cię do wdania się w żenującą i nieskuteczną pyskówkę z delikwentem, ale trudno się powstrzymać.

Spokojna rozmowa, zrozumienie punktu widzenia drugiej osoby, nieosądzanie jej mogłyby złagodzić problem, ale trudno się na nie zdobyć. Asertywna reakcja jest możliwa tylko tam, gdzie jest akceptacja. Pogodzenie się z ludzkimi wadami pomaga ustalić środki zaradcze, a najgorszym razie ułatwia zachowanie spokoju w trudnej sytuacji. Najtrudniej zdobyć się na akceptację bliskich. Chcąc, by byli idealni często narzucamy im swój obraz rzeczywistości. Roztargnienie męża lub żony denerwuje o wiele bardziej niż zapominalstwo współpracownika. Ta irytacja często wynika ze źle pojętej miłości i lojalności.

Kochając kogoś, często tworzymy w swym umyśle jego wyidealizowany wizerunek i staramy się nagiąć rzeczywistość do swych fantazji. W tej sytuacji czekają nas częste i bolesne rozczarowania. Próbujemy tę osobę zmienić, „wychować sobie”. O ile uczenie dzieci właściwego postępowania jest jak najbardziej słuszne, o tyle manipulowanie osobą dorosłą wydaje mi się etycznie podejrzane. Można pomóc komuś się zmienić, ale tylko pod warunkiem, że sam o to poprosi. Wyrafinowane systemy kar i nagród bywają skuteczne, ale jak daleko mamy prawo ingerować w wolę drugiej osoby?

Akceptacja wiąże się z odpowiedzialnością za swe własne uczucia i decyzje. Nie musimy godzić się na zachowania, które nam nie odpowiadają. Jeżeli niepunktualny przyjaciel spóźnia się na spotkanie, mogę je odwołać lub poczekać i zająć się czymś innym. Czekając w restauracji mogę poczytać książkę lub wrócić do domu. Decyzja należy do mnie. Całe zniecierpliwienie, irytacja to wytwór mojego umysłu.

Tak naprawdę złości mnie fakt, że ktoś nie szanuje mnie i mojego czasu. Jednak to ja wywołałem i podsycałem te uczucia, ja mogę się ich pozbyć. Jeżeli zdecyduję się wyjść, kolega pewnie będzie miał do mnie pretensje, ale jego uczucia są jego sprawą. Akceptuję fakt, że się spóźnia, niech więc zaakceptuje fakt, że nie czekam dłużej niż określone wcześniej 15 minut.

Akceptacja to nie błogość, samouwielbienie ani uległość. Dla mnie jest raczej zgodą na stan faktyczny, dostrzeganiem pozytywnych i negatywnych cech danej sytuacji. Ustalenie rzeczy, których nie da się zmienić, pomaga znaleźć obszary, nad którymi można popracować. Nie mam wpływu na to, że pada deszcz, ale mogę nosić przy sobie parasol.

Po co nam akceptacja?
Podziel się: