produktywność

Jeden z najgorszych kryzysów produktywności w moim życiu zbiegł się z mityczną pełnią szczęścia. Wszystko układało się wspaniale: w pracy nie miałem żadnych problemów, ciekawe projekty pojawiały się bez żadnych starań z mojej strony, kryzys rodzinny minął, a na domiar wszystkiego zakochałem się. Było bajecznie. Jednak gdy minęła pierwsza euforia-okazało się, że wprawdzie unoszę się wśród chmur, ale strasznie przy tym ziewam, a na ziemi, pode mną, zaczyna formować się stosik zaległości.

Trudne chwile w życiu mogą wywołać kryzys produktywności, ale moją zniszczyła klęską urodzaju. Głęboko zakorzeniony nawyk „sprawdzania się”pomógł mi zorientować się co się dzieje. Nie było łatwo wrócić na prostą, ale przyzwyczajenie do dobrej organizacji czasu, okazało się w tym bardzo pomocne. Przydały się też kalendarz, nawyk samoobserwacji, nowa lista priorytetów.

Jak klęska urodzaju zniszczyła moją produktywność?

W pewnym momencie zapomniałem, że doba ma 24 godziny i wydawało się, że mogę wtłoczyć w nie wszystko. Skoro jako singiel dużo pracowałem i dużo wypoczywałem wydawało mi się, że tak pozostanie. Z tą różnicą, że czas wolny będę, o ile to możliwe, spędzać ze swoją dziewczyną. Związałem się z bardzo zajętą osobą, konflikt kalendarzy wydawał się nieunikniony, ale miałem nadzieję, że przy dobrej woli obu stron, uda się je jakoś pogodzić. Dało się. Pojawił się jednak problem, którego nie przewidziałem- rozmemłałem się.

Mając mnóstwo pracy, więcej czasu spędzałem na fejsbuku i kanałach społecznościowych, częściej przeglądałem wiadomości tekstowe w telefonie, czytałem nic nie wnoszące do mego życia artykuły w internecie. Nagle zaczęła mnie pochłaniać tematyka budowania szczęśliwych związków. Większość przeczytanych wskazówek, powiększała zamęt w głowie, więc szukałem czegoś o produktywności i organizacji czasu. Krótko mówiąc, robiłem to, co odradzam innym – marnowałem czas. Z jednej strony miałem naprawdę dużo do zrobienia, z drugiej prokrastynacja uniemożliwiała mi cieszenie się bardzo przyjemnym okresem w życiu.

Mając zaległości wynikające z surfowania po sieci, umawiałem się z dziewczyną na seanse filmowe (bo i tak, nie widując się z nią, marnuję czas), przestoje wykorzystywałem na pisanie do znajomych, a konkretne zadania wykonywałem w nocy. Niestety, nikt nie stworzył kursu organizacji czasu i produktywności dla zakochanych a z własnego doświadczenia wiem, że bardzo by się przydał:) Na swoje usprawiedliwienie mam tylko, że strzała Amora trafiła mnie, gdy naprawdę ciężko pracowałem i potrzebowałem odpoczynku, endorfiny dały zastrzyk energii i utrudniały ocenę sytuacji.

Jak uporać się z klęską urodzaju?

Początkowo myślałem, że skoro problem leży w ilości nagromadzonych zadań będę musiał rzucić projekty poboczne albo dziewczynę. Druga ewentualność nie wchodziła w grę, a z różnych powodów nie chciałem tracić interesujących doświadczeń. Byłem gotowy z nich zrezygnować, ale na szczęście, przed napisaniem mejli dokładnie przeanalizowałem swój dzień.

Tydzień bezlitosnej obserwacji wykazał, że marnuję mnóstwo czasu. W dodatku sam. Spotkania z dziewczyną wcale nie były tak czasochłonne jak mi się wydawało. Teoretycznie mógłbym pogodzić pracę, zlecenia i randki. W chwili, gdy wszystko ładnie sobie rozpisałem i ułożyłem plan naprawczy, zdarzyła się kolejna katastrofa- dostałem awans. Jeszcze raz wziąłem kalendarz i zacząłem planować. Musiałem znaleźć czas dla dziewczyny, rodzinę, na pracę i dla siebie. Coś trzeba było wykreślić, coś przeorganizować, coś ograniczyć.

Wnioski z analizy

Moja produktywność ucierpiała głównie poprzez brak czasu dla siebie, chroniczne niewyspanie, rozpraszacze i nadmiar zadań. To właśnie brak chwili dla siebie napędzał prokrastynację. Bałem się przeznaczyć pół godziny na leniuchowanie i myślenie, w rezultacie traciłem o wiele więcej. Przydzieliłem sobie czas na korzystanie z internetu i określiłem porę, o której mam chodzić spać. W desperacji uznałem, że skoro marnuję sporą część doby to niech będzie to coś, co mnie uszczęśliwia.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki skrócił się czas spędzony w sieci. Po kilku dniach poczułem się lepiej i mogłem efektywniej skupić się na zadaniach. Przestałem walczyć z kalendarzem i ograniczyłem ilość dodatkowych zadań. Tylko nawyku przedłużania randek nie potrafiłem się wyzbyć… Jednak zmotywowało mnie to do lepszego planowania. Zacząłem wykorzystywać przestoje, a rezerwę czasową przeznaczać na dodatkowe spotkania, hobby, czytanie książek. Wkrótce na nowo poczułem się skuteczny, a to zachęciło mnie do zwiększenia produktywności.

Zgodnie z matrycą Eisenhowera muszę znaleźć czas na rzeczy ważne, ale tych pilnych też nie mogę odpuścić. Nie ukrywam, że efektywność mojej dziewczyny weszła na ambicję. Skoro ona potrafi, ja nie mogę?

Kryzys tożsamości

Klęska urodzaju może chwilo osłabić produktywność, ale nie jest w stanie zmienić przez wiele lat kształtowanej osobowości. Nadmiar wyrzuca ze strefy komfortu i dezorientuje. Przestaje być wygodnie, ale głupio tak się skarżyć na zbyt wiele dobrego. Można. Dysponujemy ograniczonymi zasobami czasu i energii, nawet jeśli świetnie radzimy sobie z zadaniami, gdy robi się ich za dużo, musimy zmierzyć się z faktem, że podlegamy zwykłym ludzkim słabościom, zmęczeniu i zniechęceniu.

Dla kogoś, kto swą tożsamość zbudował na fakcie, że jest dobrze zorganizowany, produktywny i skuteczny taka lekcja pokory jest bardzo bolesna. Dobrze wdrożone nawyki wespół z technikami zwiększania produktywności pomagają uporać się z kryzysem. Nawet jeżeli przez chwilę pójdą w zapomnienie, to o wiele łatwiej przypomnieć sobie posiadane umiejętności niż nabywać je od zera. Rzadko zdarza się, że cała nauka idzie w las. Nawet w chwili kryzysu umiałem wyznaczyć priorytety, cele i ułożyć harmonogram. To, że często się walił to inna sprawa. Najbardziej pomogło mi przypomnienie sobie, że produktywność nie jest po to, bym harował w kieracie, ale bym wiódł takie życie, jakie mi odpowiada.

Produktywność podczas klęski urodzaju
Podziel się: