tracenie czasu

Niedobry człowieku, przestań codziennie tracić czas! Czemu chodzisz po górach i nie słuchasz podcastów, gotujesz obiad, zamiast uczyć się jak zostać webmasterem w pięciu prostych krokach? Gdyby to jeszcze chociaż była jakaś zdrowa potrawa z samych superfoods, ale chłodnik z botwinki?! Proszę, ogarnij się trochę i poczytaj chociażby Króla Czasu.

Bardzo lubię czytać blogi o produktywności i nie znoszę marnować czasu, ale mam wrażenie, że popadliśmy na tym tle w jakąś zbiorową obsesję. Z łatwością potrafię wyobrazić sobie większe zbrodnie niż tracenie czasu. Nieco mnie też irytują arbitralne wyroki co jest, a co nie jest marnowaniem czasu. Sam nie jestem bez winy, ale pomimo całego mojego zaangażowania w sztukę usprawniania codzienności, uważam, że trochę czasu musi mi przeciekać przez palce. Nie da się rozplanować każdej, pojedynczej sekundy i nawet nie chcę tego robić. Nie wszystko też, co robię bez żadnego konkretnego powodu, tylko dlatego, że w danej chwili sprawia mi przyjemność uważam za stratę czasu.

Kiedy tracisz czas

Moja definicja tracenia czasu jest bardzo prosta. Tracę czas wtedy, gdy angażuje się w rzeczy, które mi niczego nie dają i są sprzeczne z moimi priorytetami. Nie chodzi o korzyści materialne, ale raczej o wewnętrzne poczucie zadowolenia. Imponderabilia, czyli rzeczy nieuchwytne, trudne do sprecyzowania wywierają znaczący wpływ na jakość życia.

Nie chcę mieć poczucia, że cały czas biegam jak szczur w labiryncie. Nie czuję się winny, gdy zatrzymam się, by poobserwować mrówki, ale przedłużająca się sesja na fejsbuku wywołuje we mnie wyrzuty sumienia. To nieprzyjemne uczucie jest wywołane, że fakt, że uszczuplam sobie rezerwy przeznaczone właśnie na smakowanie niepowtarzalnych chwil.

Paradoksalnie można tracić wiele czasu na pracę. Źle rozplanowane czynności pozbawiają możliwości delektowania się życiem, chwil dla siebie i bliskich. Nie zawsze tracisz czas, kiedy beztrosko leniuchujesz, ale zdarza się, że marnotrawisz go pracując bez wytchnienia i bez pożytku. Jest różnica pomiędzy ciężką a efektywną pracą, pozornym a skutecznym działaniem, odpoczynkiem a tępym wpatrywaniem się telewizor.

Presja oczekiwań

W dzieciństwie rodzice i nauczyciele słusznie wpoili w nas szacunek dla pracy. Nauki te solidnie ugruntowali mówcy motywacyjni, autorzy pozycji o wykorzystaniu czasu, zajmujący się produktywnością blogerzy. Niezależnie od siebie wielu z nas doszło do wniosku: „Skoro nie pracuję, trwonię czas”. Nawet jeśli dobrze rozumiemy różnicę pomiędzy ciężką, a wydajną pracą, gdzieś w nas pokutuje przekonanie, że odpoczynek jest rzeczą zdrożną.

Po zakończeniu jednego zadania, natychmiast trzeba przejść do następnego, a produktywność służy po to, by móc w ciągu doby wykonać ich jak najwięcej. Pojęcie przyjemności gdzieś się zagubiło. Praca zaczęła kojarzyć się z frustracją, a odpoczynek z ładowaniem akumulatorów. Relaks ma zregenerować siły do pracy, ale zaspokaja też potrzeby niezwiązane z profesjonalną sferą naszego życia. Podporządkowanie całej swej egzystencji życiu zawodowemu może sprawić, że tylko takie nam pozostanie.

Jednak łączenie pasji z życiem zawodowym daje nam społeczny szacunek. Stwierdzenie, że przyglądam się mrówkom, by lepiej radzić sobie ze skomplikowanymi algorytmami pomaga mi zbudować wizerunek eksperta. Oznajmienie, że lubię patrzeć na owady, bo są ciekawe, przyklei mi etykietkę dziwaka i wałkonia.

Priorytety

Życiowe priorytety są tak ważne między innymi dlatego, by móc nie tracić czasu na drugorzędne kwestie i kompletnie nieistotne bzdury. Odkryłem też, że ułatwiają odrzucenie spraw pilnych na rzecz ważnych, nawet jeśli komuś to się wyda marnotrawieniem czasu. Mój kolega Paweł bardzo kocha swoją rodzinę i nieraz wspominał, że żona i czteroletni synek są dla niego najważniejsi. Na pewno mówił szczerze. Jednak widuje ich jedynie kilka minut dziennie. Pracuje, bywa na firmowych eventach, zarabia.

Kiedyś powiedział mi, że w towarzystwie własnej żony zaczął czuć się niezręcznie, nie wie jak rozmawiać z synem i drży na myśl o życiu z nastolatkiem. Kiedy poszedł z małym do parku, planował przebieg narady. Drugi znajomy, Marek, z całą świadomością zgodził się „marnować” czas, by mieć udane życie rodzinne. Każdy spacer do lodziarni, partia „Chińczyka”, czy wieczór filmowy z żoną w oczach pracoholików typu Pawła są stratą czasu, dla Marka stanowią część długofalowej strategii w projekcie „szczęśliwa rodzina”. Tak na marginesie, zawodowo doskonale mu się układa.

Ustalenie życiowych priorytetów pomaga pozbyć się wyrzutów sumienia, że grało się w siatkówkę zamiast dopieszczać prezentację. Jeżeli relacje z innymi ludźmi uznamy za ważny element życia będzie to oznaczało konieczność tracenia czasu na rozmowy, wyjścia, wspólne aktywności. Trudno znaleźć pasję bez eksperymentowania. Szukanie nowych doświadczeń wymaga pewnej niefrasobliwości, uznania, że coś może się nie udać albo nie spełniać oczekiwań.

Trochę luzu

Literatura o produktywności uruchamia w nas swego rodzaju purytański tok myślenia. Najważniejsze przykazanie brzmi:” Nie będziesz tracił czasu” Zaraz po tym są: ”Nie będziesz nie pracował, nie rozwijał się, nie doskonalił.” Trudno zawczasu określić, co zapewni realną, długofalową korzyść. Dwugodzinna rozmowa na kempingu nauczyła mnie więcej o zarządzaniu sobą w czasie niż pewne długie szkolenie. Pozorne trwonienie czasu często jest wynikiem dobrze opracowanych priorytetów. Ktoś wie na czym mu w życiu zależy, akurat nie pracuje, bo woli się zająć czymś innym. Nie wieszajmy pochopnie psów na człowieku, który wcześniej wychodzi z biura.

Skąd wiesz, że tracisz czas?
Podziel się: