samodyscyplina

Samodyscyplina opiera się na umiejętności odróżnienia prawdziwych pragnień od chwilowych zachcianek. W każdym z nas racjonalna, dorosła część współistnieje z rozwydrzonym bachorem domagającym się natychmiastowej przyjemności.

Najczęściej obezwładnia nas tekstami: ”Raz się żyje”, „Tylko ten jeden raz”, „ Wyjdę na sztywniaka/ nudziarza/”,Raz się nie liczy”, „To już ostatni”, „Od jutra się zmienię”. Problem polega na tym, że część żądająca bezzwłocznej gratyfikacji okupuje najbardziej pierwotne rejony naszego mózgu i uaktywnia się pod wpływem stresu. Logiczne myślenie ustępuje wtedy miejsca instynktownym reakcjom. Co zrobić by racjonalna, przewidująca część częściej wygrywała? Walka wyczerpuje, musi więc istnieć sposób na spełnianie marzeń bez ciągłych batalii.

Krok pierwszy


Właściwe podejście do samodyscypliny. Istnieje samodyscyplina negatywna oparta na słowie „nie” i samodyscyplina pozytywna bazująca na słowie „tak”. W zależności, którą z nich wdrażamy stawiamy się na miejscu „pana’ lub „niewolnika”. Samodyscyplina negatywna bazuje na straszeniu i systemie kar. Musisz powstrzymać się od ciasta, bo przytyjesz pięć kilo i będziesz musiał zrobić dodatkowe pięćdziesiąt pompek. Jeśli uległeś pokusie jesteś bezwartościowym słabeuszem. W naszej zachodniej kulturze ten sposób myślenia ma się dobrze.

Już Platon zachęcając do odrzucenia tego, co zmysłowe, zatem niskie i niegodne, położył podwaliny pod nieufne traktowanie przyjemności. Każdy wie, że początek odchudzania jest dniem, w którym mamy największą ochotę na hamburgera. Bezlitosne pozbawianie się radości w imię wyższego celu prędzej czy później źle się skończy. Tak samo jak nieumiejętność odmówienia sobie czegokolwiek.

Pozytywna samodyscyplina


Pozytywna samodyscyplina jest dążeniem do szczęścia. Wiąże się z wyrzeczeniami. Jednak nie chodzi o to, by sobie dopiec lub poskromić demona natychmiastowej gratyfikacji, ale by siebie i ludzi w swoim otoczeniu uczynić szczęśliwszymi.

W tym ujęciu zjedzenie kawałka ciasta nie wiąże się z wyrzutami sumienia, wręcz przeciwnie, każdy kęs przynosi niewysłowioną rozkosz. Właściwie nie ma potrzeby przedłużać przyjemności. W dodatku ma się więcej energii na trening. Szczupła i wysportowana sylwetka daje w życiu wiele frajdy, można więc nad nią popracować, w sumie trening dobrze idzie może więc dołożyć kilka pompek ? W końcu będąc zdrowym łatwiej bawić się z dziećmi, chodzić po górach, czy przetańczyć z dziewczyną całą noc.

Pozytywne podejście do samodyscypliny w dużej mierze opiera się na przeformułowaniu celów. O wiele chętniej siadam do komputera, gdy zamiast „Muszę napisać wpis” myślę ”Chcę napisać wpis”, łatwiej wstać wcześniej, gdy zamiast „Muszę przeczytać dwa rozdziały książki, mówię sobie „Fajnie byłoby przeczytać te dwa rozdziały, wstanę piętnaście minut wcześniej, jak jakiś człowiek sukcesu”.

Łóżko nadal kusi, ale łatwiej się z niego wydobyć. Drobna rzecz, a pomaga, w dodatku nie jest samooszukiwaniem się ani zafałszowywaniem rzeczywistości. Nie ukrywam przed sobą, że w danej chwili wolałbym robić coś innego, ale jednocześnie wiem, że dana rzecz jest drobnym kroczkiem w długofalowej strategii, która ma przynieść mi i innym wiele korzyści.

Jeśli będę więcej czytał będę lepiej wykształcony, a wtedy Wy, Drodzy Czytelnicy, dostaniecie ciekawsze wpisy. Taktyka pozytywnych celów podoba mi się o wiele bardziej niż afirmacje. Nawet jeśli pięć milionów razy powtórzę „ Lubię wcześnie wstawać” to sobie nie uwierzę. Gdy stwierdzę: „Słuchaj, chłopie, nie lubisz opuszczać ciepłego wyrka, ale chcesz skończyć tę książkę, a potem dać ludziom coś do poczytania, więc wstawaj”, łatwiej mi zrobić to, co sobie założyłem. Nie działam wbrew sobie, ale dla siebie, a to naprawdę kolosalna różnica. Nie będę nikogo oszukiwał, pisząc, że działa za każdym razem. Zdarza się, że wewnętrzny bachor przejmuje kontrolę. Tylko wtedy, analizuję epizod, wyciągam wnioski, wracam na wytyczoną drogę.

Mam też mniej do naprawiania, ponieważ unikam cierpiętnictwa połączonego z „dopychaniem”. Przedtem ulegając pokusie uznawałem się za skończone zero, hamulce wysiadały, a potem trzeba było długo odrabiać straty. Teraz, nawet jeśli, tak się zdarzy, to szybciej przychodzi opamiętanie, a skutki są mniej dotkliwe.

Koleżanka powiedziała mi kiedyś, że dawniej zdarzały jej się „ciągi słodyczowe”, miesiącami nie jadła słodyczy, ale gdy raz skusiła się na czekoladę, musiała zrzucać trzy kilo. Tyle mniej więcej trwało zanim ubrania robiły się za ciasne, a ona wdrażała program naprawczy. Gdy trafiła w jakiejś książce o odchudzaniu sformułowanie „objazd w drodze do szczupłej sylwetki”. Wszystko stało się prostsze, jeden batonik, nie trzeba od jutra się odchudzać, nie ma sensu dopychać się innymi słodyczami. Wygląda na to, że nic tak nie utrudnia wprowadzenia i utrzymania dobrych nawyków jak wyrzuty sumienia.

Samodyscyplina – jak ją pokochać
Podziel się: